środa, 14.października.2009, 23:34
[202 - tyle psów Cruella potrzebowałaby do uszycia dwóch, stujednodalmatyńczykowych futer]
Pierwszy wpis i pierwszy (październikowy!) śnieg. Jakaż to urocza koincydencja! Jaka ironia losu! Sama nie wiem, czy powinnam się bardziej śmiać, czy płakać. To zupełnie tak, jak z tym, co czeka mnie za dwieścia dwa dni. Z Tym-Czego-Imienia-Nie-Wolno-W-Szkole-Wymawiać.
Tak. Już za dwieście dwa dni mam maturę. W wolnym tłumaczeniu z męsko-angielskiego oznacza to, że za około cztery tysiące osiemset czterdzieści osiem godzin zostanę zmuszona do streszczenia ponad dwunastu lat nauki w kilku (z góry zaplanowanych) odpowiedziach.
Oczywiście, jeśli uśmiechnie się do mnie szczęście, trafię na zadania, które nie sprawią ani mnie, ani ekspertom z Gazety Wyborczej większych problemów, co zaś za tym idzie, z łatwością zdam na nadal-nie-wybrane studia. A potem, po tradycyjnym roku narodowej odsiadki, wyjadę do Wielkiej Brytanii, lub Stanów, lub innej uniwersyteckiej Nibylandii. Tam zaś cały świat stanie przede mną otworem i spędzę resztę swych dni, realizując własne pasje i marzenia, jak to na prawdziwą, nastoletnią idealistkę przystało.
Tylko, że nie każdemu pisany jest los europejskiego Piotrusia Pana i niestety mnie również może ominąć szansa na wystąpienie w tej idyllicznej baśni o globalnej edukacji.
Jakim cudem?
Ha!
Wystarczy, że jak wielu uczniów przede mną, trafię na zestaw koszmar i klucz spod dyktanda Delfy.
Wtedy wszystkie moje plany spalą się jeszcze przed uniwersyteckimi przedbiegami - gdzieś pomiędzy kuriozalną, narzuconą interpretacją eseju, a niejasnymi, dwuznacznymi poleceniami w części otwartej.
Na pociechę zostanie mi tylko świadectwo z czerwonym paskiem i świadomość, że przynajmniej nie jestem jedyną młodą-inteligentną, która przegrała z polskim egzaminem pozornej dojrzałości. W końcu - peryfrazując Krzysztofa Skibę - z MEN są ostatnie świnie.
Czasami chciałabym rzucić to wszystko w cholerę, ale wtedy przypominam sobie, że sama niewiele wskóram. A, jak uczą nas na historii w klasie maturalnej, powstania narodowe nigdy nie należały do najmocniejszej strony Polaków.
Nawet, jeśli mieliśmy dobre intencje.
Nawet, jeśli wierzyliśmy w idee, które z narażeniem życia wypisywaliśmy na Warszawskich murach... W miejsce dzisiejszych Horrendalnie Wręcz Dobrych Poematów by Recydywiści-Bez-Matury.
Cóż.
Przynajmniej jeśli nie zdam, będę mogła z czystym sercem powiedzieć, że kontynuuję narodową tradycję.
Albo chociaż, że maluję swoją przyszłość w jaskrawych kolorach, barwnym językiem elitarnej młodzieży z topowych liceów w rankingu Perspektyw.
Perspektyw równie zresztą realnych, jak - nie przymierzając - śnieg w środku polskiego października.
*
Pierwszy wpis i pierwszy (październikowy!) śnieg. Jakaż to urocza koincydencja! Jaka ironia losu! Sama nie wiem, czy powinnam się bardziej śmiać, czy płakać. To zupełnie tak, jak z tym, co czeka mnie za dwieścia dwa dni. Z Tym-Czego-Imienia-Nie-Wolno-W-Szkole-Wymawiać.
Tak. Już za dwieście dwa dni mam maturę. W wolnym tłumaczeniu z męsko-angielskiego oznacza to, że za około cztery tysiące osiemset czterdzieści osiem godzin zostanę zmuszona do streszczenia ponad dwunastu lat nauki w kilku (z góry zaplanowanych) odpowiedziach.
Oczywiście, jeśli uśmiechnie się do mnie szczęście, trafię na zadania, które nie sprawią ani mnie, ani ekspertom z Gazety Wyborczej większych problemów, co zaś za tym idzie, z łatwością zdam na nadal-nie-wybrane studia. A potem, po tradycyjnym roku narodowej odsiadki, wyjadę do Wielkiej Brytanii, lub Stanów, lub innej uniwersyteckiej Nibylandii. Tam zaś cały świat stanie przede mną otworem i spędzę resztę swych dni, realizując własne pasje i marzenia, jak to na prawdziwą, nastoletnią idealistkę przystało.
Tylko, że nie każdemu pisany jest los europejskiego Piotrusia Pana i niestety mnie również może ominąć szansa na wystąpienie w tej idyllicznej baśni o globalnej edukacji.
Jakim cudem?
Ha!
Wystarczy, że jak wielu uczniów przede mną, trafię na zestaw koszmar i klucz spod dyktanda Delfy.
Wtedy wszystkie moje plany spalą się jeszcze przed uniwersyteckimi przedbiegami - gdzieś pomiędzy kuriozalną, narzuconą interpretacją eseju, a niejasnymi, dwuznacznymi poleceniami w części otwartej.
Na pociechę zostanie mi tylko świadectwo z czerwonym paskiem i świadomość, że przynajmniej nie jestem jedyną młodą-inteligentną, która przegrała z polskim egzaminem pozornej dojrzałości. W końcu - peryfrazując Krzysztofa Skibę - z MEN są ostatnie świnie.
Czasami chciałabym rzucić to wszystko w cholerę, ale wtedy przypominam sobie, że sama niewiele wskóram. A, jak uczą nas na historii w klasie maturalnej, powstania narodowe nigdy nie należały do najmocniejszej strony Polaków.
Nawet, jeśli mieliśmy dobre intencje.
Nawet, jeśli wierzyliśmy w idee, które z narażeniem życia wypisywaliśmy na Warszawskich murach... W miejsce dzisiejszych Horrendalnie Wręcz Dobrych Poematów by Recydywiści-Bez-Matury.
Cóż.
Przynajmniej jeśli nie zdam, będę mogła z czystym sercem powiedzieć, że kontynuuję narodową tradycję.
Albo chociaż, że maluję swoją przyszłość w jaskrawych kolorach, barwnym językiem elitarnej młodzieży z topowych liceów w rankingu Perspektyw.
Perspektyw równie zresztą realnych, jak - nie przymierzając - śnieg w środku polskiego października.
muzyka: Star Power - Sonic Youth
lokacja: Zagracone Biurko
zachcianki: Mocna, słodka kawa z odrobioną mleka i Niebieski Camel.
cytat dnia: You either do what the fuck we tell you, or I'll bury this axe in your collaborating skull. Inglorious Bestards
lokacja: Zagracone Biurko
zachcianki: Mocna, słodka kawa z odrobioną mleka i Niebieski Camel.
cytat dnia: You either do what the fuck we tell you, or I'll bury this axe in your collaborating skull. Inglorious Bestards
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (20), Dodaj